Dramatyczna historia Andrzeja Jaroszewicza. Po latach cierpienia przyszła nadzieja dla syna premiera

Dawny celebryta, pierwszy rajdowiec PRL-u, syn byłego premiera, a dziś zwykły pacjent. Andrzej Jaroszewicz (79 l.) po latach bólu i cierpienia dostał od lekarzy z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku coś, o czym marzył od dekad — szansę na normalne życie.

Super Express Google News
  • Andrzej Jaroszewicz, dawny celebryta i rajdowiec, od dekad zmagał się z problemami zdrowotnymi po wypadku.
  • Po wielu nieudanych próbach i dramatycznych operacjach, w tym wszczepieniu endoprotezy z powikłaniami, trafił do Białegostoku.
  • Lekarze z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku podjęli się ryzykownej operacji, dając mu szansę na odzyskanie sprawności.
  • Jak zakończyła się ta skomplikowana interwencja i czy Jaroszewicz wróci za kierownicę?

Był rok 1975. Andrzej Jaroszewicz, wówczas u szczytu kariery, wracał z Rajdu Tulipanów. Zmęczony po wielu godzinach za kierownicą, poprosił swojego pilota, by to on przejął prowadzenie. – Nie wiedzieliśmy, że ma cukrzycę. Zasnął za kierownicą – wspomina dziś Jaroszewicz.

Samochód wbił się w drzewo. Blacha w drzazgi, a noga Jaroszewicza została zmiażdżona tak, że lekarze z NRD nie dawali żadnych szans. Już mieli amputować kończynę.

Podsunęli mi dokumenty, nie rozumiałem, co podpisuję. Dosłownie w ostatniej chwili zjawił się polski konsul. Dzięki niemu dowiedziałem się, że to była zgoda na amputację!

– mówi Jaroszewicz.

Natychmiast zorganizowano transport do Warszawy. Tam czekał prof. Tylman, legenda ówczesnej ortopedii. – Spróbuję ją uratować, ale wytrzyma może z 10–15 lat. Może wtedy wymyślą już dobre protezy kolana – miał powiedzieć profesor.

Kolano okazało się trwałe. Jaroszewicz wrócił do rajdów, znów wsiadł do samochodu.Bolało, ale żyłem. Czułem, że profesor dał mi więcej, niż mógł – przyznaje.

Lata mijały. W końcu przyszedł czas, gdy ból nie dawał żyć. - W skali od 1 o 10 dałbym chyba 20. To było piekło - wspomina Jaroszewicz. Wszczepiono mu endoprotezę. Niestety – razem z nią do jego organizmu dostała się groźna bakteria gronkowca.

Zaczął się koszmar. Infekcja, antybiotyki, kolejne operacje. W końcu lekarze musieli wyjąć implant i wstawić spacer z miękkiego materiału, nasączony silnym antybiotykiem. Infekcja ustała, ale noga przestała działać. Specjaliści orzekli, że jedyne, co możemy zrobić, to usztywnić te kolano na stałe.

- opowiada Jaroszewicz.

Bałem się amputacji, więc zgodziłem się na usztywnienie stawu. Zamiast kolana dostałem długi, metalowy gwóźdź. Ale to był błąd. Nie mogłem ani chodzić normalnie, ani prowadzić samochodu. A bez auta… To nie byłem już ja.

– wspomina Jaroszewicz.

Z czasem zaczęło się psuć także drugie kolano. Kolejni lekarze rozkładali ręce. „Za duże ryzyko”, „za stary”, „za dużo operacji”.– Słyszałem tylko: nie da się. Aż ktoś powiedział mi o lekarzach w Białymstoku – mówi. – Pomyślałem: spróbuję, nie mam już nic do stracenia.

W Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym Jaroszewicz usłyszał wreszcie słowa, które odmieniły jego los. To trudne i wiążę się dużym z ryzykiem, ale możliwe! - A jak się nie uda, to najwyżej stracę nogę. Musiałem zaryzykować – opowiada. Operacja trwała cztery godziny. 

Byłem znieczulony, ale przytomny. Słyszałem, jak dyskutują, jak na gorąco podejmują trudne decyzje. W i w końcu upragnione: „zaszywamy”.

Po kilku dniach już wiadomo udało się! – Moja determinacja i ich mistrzostwo dały mi nadzieję na nowe życie. Mam 79 lat, ale to jeszcze nie koniec – uśmiecha się były rajdowiec.

Dziś Andrzej Jaroszewicz nie jest już celebrytą z pierwszych stron gazet. Nie ściga się, nie błyszczy na bankietach. Ale ma coś więcej — wdzięczność i drugą szansę. – W Białymstoku spotkałem lekarzy, którzy nie bali się podjąć ryzyka. Dla mnie to bohaterowie – mówi z emocjami.

Znowu może chodzić, marzy o tym, by jeszcze raz usiąść za kierownicą ukochanego auta. – Może już nie w rajdzie, ale tak po prostu… dla siebie. Bo życie to też jazda – tylko trzeba mieć sprawne koła.

Takich operacji wykonuje się w Polsce niewiele. W Białymstoku była to pierwsza tego typu operacja. – Uruchomienie sztywnego kolana po trzech latach – to duże wyzwanie, gdyż po takim czasie zanikają mięśnie - mówi dr Jan Kiryluk. Lekarz dodał, że "takie operacje są obarczone bardzo dużym ryzykiem".

Musieliśmy usunąć gwóźdź, wyciąć chore tkanki, ściąć brzeżne wyrośla kostne, żeby zyskać odpowiedni zakres ruchomości. Usunięcie gwoździa i jednoczesna protezoplastyka jest zabiegiem trudnym i ryzykownym, ale jak się udaje, to sukces jest spektakularny.

- mówi Kiryluk.

- Co ważne wstawiliśmy protezę pierwotną (czyli taką jaką wstawią się za pierwszym razem), a nie rewizyjną (którą wstawia się przy kolejnej operacji). A to też jest trudne. Zawsze takie zabiegi mogą się skończyć infekcja i koniecznością amputacji kończyny i pacjent o tym widział. Zaryzykowaliśmy, i się udało - cieszy się lekarz.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Ozdoba: „Bez tych zabiegów Ziobro po prostu się dusi”. Kolejny już 12 listopada

Sonda
Tęsknisz za życiem w PRL-u?
Rozmowa z Janem Urbanem

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki