To, co wydarzyło się za murami kliniki, przechodzi ludzkie pojęcie! Wszystko zaczęło się niewinnie. 11 marca Justyna wzięła zwolnienie lekarskie, by w spokoju przygotować się do roli mamy. Razem z mężem Łukaszem (40 l.) skręcali łóżeczko, oddając się radosnym, domowym obowiązkom. Nagle, około godziny 15:00, świat zaczął wirować. Kobieta słabła w oczach, nie mogła złapać tchu, zaczęła omdlewać. Intuicja męża uratowała jej życie – Łukasz natychmiast wezwał pomoc. Gdy karetka pędziła do szpitala, ratownicy już wiedzieli, że to poważna sprawa.
O 16:33 Justyna wjechała na SOR. Była jeszcze przytomna, ale śmierć już kładła na niej swoje zimne dłonie. Zaledwie siedem minut później serce kobiety stanęło! Zaczęła się dramatyczna reanimacja i wyścig o każdą sekundę życia. Lekarze podjęli decyzję o natychmiastowym wykonaniu cesarskiego cięcia. Podczas gdy jeden zespół prowadził nieprzerwaną reanimację, intubował pacjentkę i podłączał pod respirator, wezwani w trybie pilnym położnicy o 16:47 wydobyli dziecko.
Zobacz też: Grzegorz przeszedł trzy zawały. Pierwszy, gdy miał 36 lat. "Wiedziałem, że zegar tyka"
Noworodek, również w stanie zatrzymania krążenia, został przejęty przez drugi zespół ratunkowy. Po dramatycznej walce dziecko wróciło do życia i trafiło na oddział intensywnej terapii noworodka. Dla Justyny to był dopiero początek piekła. Serce wznawiało pracę i po chwili znów przestawało bić. Lekarze aż cztery razy stosowali defibrylację, by przywrócić akcję serca. Jakby tego było mało, wystąpiło masywne krwawienie do jamy brzucha.
Justyna traciła życie z każdą sekundą...
Polecany artykuł:
W jej żyłach nie płynie dziś ani jedna kropla krwi, z którą wjechała do szpitala 11 marca – mówi dr Sławomir Czaban, anestezjolog z 40-letnim stażem. Przyznaje, że tak dramatycznej akcji nie widział nigdy w karierze. Gdy tomograf pokazał prawdę, lekarzom zamarły serca. To był zator płucny typu jeździec – gigantyczny skrzep blokujący krew do obu tętnic płucnych. Kardiochirurdzy podłączyli Justynę do sztucznego płuco-serca. - To dało nam trochę czasu, ale nie rozwiązało problemu – wspomina prof. Karol Kamiński.
Czytaj też: USK w Białymstoku modernizuje lądowisko LPR. Jest 4 mln zł dofinansowania, ale to za mało
Wtedy do akcji wkroczył kolejny cudotwórca, dr Maciej Mitrosz. Wbił się przez żyłę udową i specjalnym cewnikiem dotarł przez serce aż do tętnic płucnych, usuwając zator. W tym samym czasie specjaliści z kolejnych dwóch zespołów tamowali krwotok i usunęli z brzucha ponad litr krwi. Podczas tej operacji serce Justyny znowu stanęło i konieczna była ponowna reanimacja! Przez ponad dwa tygodnie Justyna trwała w zawieszeniu między życiem a śmiercią na oddziale intensywnej terapii. W środę 1 kwietnia opuściła szpital, dziękując ponad 100 osobowej ekipie medyków za daną jej drugą szansę. - Pazurami wyrywaliśmy ją śmierci. To praktycznie cud by udało się uratować pacjentkę w tak dramatycznym – dodaje dr Czaban.