Strzelił do matki i 2-letniego Oliwiera, potem uciekł do lasu. „Usłyszałam trzy strzały”

2026-10-01 17:41

Mieszkańcy Dojlid Górnych długo nie zapomną tego poranka. „Usłyszałam trzy strzały” - relacjonuje jedna z sąsiadek. Chwilę później z pobliskiego domu dobiegło wołanie o pomoc. 47-letni mężczyzna miał postrzelić swoją byłą partnerkę i ich 2-letniego syna, a następnie uciec do lasu.

Krwawa zemsta w Dojlidach Górnych

Mieszkańcy Dojlid Górnych koło Białegostoku długo nie zapomną dramatycznych wydarzeń, które rozegrały się w środowe przedpołudnie. 47-letni Dariusz P. zamienił dom swojej byłej partnerki w prawdziwe piekło. Uzbrojony w broń czarnoprochową zwyrodnialec wtargnął do budynku, by dokonać krwawej zemsty tylko za to, że Joanna odważyła się przerwać spiralę jego przemocy. Mężczyzna bywał agresywny, miał zasądzony zakaz zbliżania się do rodzinny. Jednak ani myślał stosować się do niego. Około godz. 10 rano pojawił się w domu. Napastnik oddał strzały, ciężko raniąc nie tylko kobietę, ale również ich wspólnego, zaledwie dwuletniego synka Oliwiera. Po ataku zbiegł do pobliskiego lasu.

Sąsiadka usłyszała strzały. "Myślałam, że to sąsiad płoszy szpaki"

Pierwsze sygnały dramatu usłyszała jedna z sąsiadek. Jej relacja mrozi krew w żyłach.

- Usłyszałam trzy strzały. Myślałam, że to sąsiad płoszy szpaki. Zaraz potem rozległo się głośne wołanie o pomoc

- relacjonuje wstrząśnięta sąsiadka, Ewa Jóźwik (68 l.).

Zakrwawiona Joanna D. zdołała uciec na balkon, trzymając w ramionach postrzelone dziecko. Obok nich stał przerażony, zakrwawiony pies. Kobieta resztkami sił sama wezwała pomoc. Na miejscu jako pierwsi pojawili się strażacy, ale ze względu na zagrożenie ze strony uzbrojonego sprawcy, musieli czekać na wsparcie policji. Dopiero po przybyciu uzbrojonych funkcjonariuszy ratownicy mogli wejść do środka i udzielić pomocy rannym.

- Widziałam, jak strażak niósł na rękach chłopczyka. Aż się serce krajało. Zaraz potem nieśli na noszach Joasię. To był przerażający widok. Całą noc modliłam się, żeby oboje przeżyli. To tacy cudowni ludzie

- płacze pani Ewa.

Groził jej od dawna. "Dopadnę cię!"

Jak się okazało, 46-letnia Joanna D. od dłuższego czasu żyła w ciągłym strachu. Zaledwie dwa tygodnie przed tragedią Dariusz P. miał ją zaatakować, próbując bić i dusić. Wezwani na miejsce policjanci nakazali mu wtedy opuszczenie domu i nałożyli na niego zakaz zbliżania się do rodziny. Odchodząc, mężczyzna miał rzucić w stronę kobiety groźbę.

„Dopadnę cię!”

- obiecał.

Niestety, sprawca dotrzymał słowa. Po dokonaniu ataku uciekł i ukrył się w lesie.

Obława i finał dramatu. Sprawca nie żyje

Natychmiast po zdarzeniu rozpoczęła się policyjna obława za Dariuszem P. Po kilku godzinach poszukiwań w pobliskim lesie funkcjonariusze dokonali makabrycznego odkrycia. Znaleziono zwłoki 47-latka oraz porzuconą broń czarnoprochową, z której strzelał do swojej rodziny. Mężczyzna sam wymierzył sobie sprawiedliwość, odbierając sobie życie.

Cud w szpitalu. Lekarze uratowali matkę i dziecko

Tymczasem w białostockich szpitalach trwała dramatyczna walka o życie Joanny i jej synka. Lekarze dokonali niemal cudu. Dyrektor Szpitala Wojewódzkiego poinformował, że pacjentka przeszła operację i jej stan jest stabilny. Równie dobre wieści napłynęły z Dziecięcego Szpitala Klinicznego, gdzie uratowano życie małego Oliwiera. Chłopiec, mimo groźnego postrzału w szyję, również jest w stanie stabilnym. Wygląda na to, że modlitwy sąsiadki zostały wysłuchane.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki