- Po sylwestrze pod dom Artura Wołosika z Tołczy przybłąkała się wystraszona suczka
- Mężczyzna nazwał ją Azą i od razu stała się jego wierną towarzyszką
- Pan Artur zasłabł podczas jazdy rowerem i osunął się w śnieg przy silnym mrozie
- Aza ogrzewała go własnym ciałem i nie pozwoliła mu zasnąć w zaspie
Po sylwestrze w życiu Artura Wołosika (53 l.) z Tołczy na Podlasiu pojawiła się niepozorna, trochę wystraszona suczka. Musiała przestraszyć się petard i fajerwerków. Spanikowała i uciekła. - W końcu przypałętała się pod mój dom, właściwie pod mój kontener. Podzieliłem się z nią kanapką. Spojrzała na mnie tak, jakby znała mnie od zawsze. Nie odstępowała mnie na krok - wspomina mężczyzna. Nazwałem ją Aza. – Zapytałem, czy jej się podoba to imię. Jakby potwierdziła – uśmiecha się dziś z trudem.
13 stycznia mężczyzna pojechał rowerem do sklepu w sąsiedniej wsi. Aza oczywiście pobiegła ze nim. - Kilometr od sklepu nagle zakręciło mi się w głowie. Nie wiem, czy to jakaś choroba, czy mroźne powietrze. Nogi odmówiły posłuszeństwa, osunąłem się w śnieg - relacjonuje Wołosik. Tego dnia mróz sięgał kilkunastu stopni poniżej zera. - Co chwilę traciłem przytomność. Czułem, że odpływam.
Gdy się ocknął, poczuł ciepło. Nie wie, jak długo leżał w zaspie.
- Aza leżała na mnie i ogrzewała mnie swoim ciałem. Lizała mnie po twarzy, żebym nie zasnął - mówi.
Po około godzinie zobaczył nad sobą policjantów. - Żyje pan? – pytali. - Ledwo do mnie docierało, nie czułem rąk ani nóg.
Funkcjonariusze okryli go kocem, udzielili pierwszej pomocy i wezwali karetkę. - Opowiedzieli też że jakiś kierowca próbował mi wcześniej pomóc, ale Aza warczała na niego i nie pozwalała się zbliżyć. Broniła mnie jak lwica. To on wezwał pomoc – mówi Artur. Nawet policjanci musieli przekupić suczkę smakołykami, żeby dopuściła ich do mnie.
W szpitalu Artur spędził dwa dni. Na szczęście odmrożenia nie były poważne. - Lekarze mówili, że musiała mnie długo ogrzewać - dodaje. Gdyby nie ona, usnąłbym w tej zaspie na zawsze. Gdy o sprawie zrobiło się głośno w okolicy, odnaleźli się właściciele Azy. Zabrali ją do domu. – Znowu zostałem sam – mówi cicho Wołosik.
Ta historia dała mu jednak do myślenia. - To już drugi raz, kiedy otarłem się o śmierć. Rok wcześniej mój dom stanął w ogniu. Sąsiad wbiegł po mnie i w ostatniej chwili wyciągnął mnie z płonącego budynku. Zaryzykował dla mnie życie. Dom spłonął doszczętnie, ale ja przeżyłem. Zastanawiałem się wtedy, po co komu taki samotny, biedny człowiek jak ja. A teraz znowu… Życie uratował mi dobry pies. Był ze mną tylko tydzień. Może jednak jestem jeszcze po coś Panu Bogu tu potrzebny - zastanawia się Wołosik.