Spis treści
Mieszkańcy Wiatrołuży w szoku. „Miałam nadzieję, że to nieprawda”
W niewielkiej miejscowości na Podlasiu, jaką jest Wiatrołuża, mieszka niewiele osób, a wszyscy się tam znają. Informacje o zarzutach dla byłej dyrektorki wstrząsnęły lokalną społecznością, która nie mogła uwierzyć w doniesienia o domniemanym koszmarze dwojga 47-letnich bliźniąt – Marzeny i Janusza Z.
Swojego zdziwienia nie kryła również obecna sołtys wsi, która była uczennicą kobiety oskarżonej o znęcanie się nad bliskimi.
– To była moja nauczycielka, a później także nauczycielka moich dzieci. Miałam nadzieję, że to nieprawda – powiedziała ze łzami w oczach.
Rodzeństwo rzekomo wyjechało, ale prawda mogła być inna
Mieszkańcom przez lata wmawiano, że Marzena i Janusz po prostu opuścili wieś w poszukiwaniu lepszego życia. Takie tłumaczenia wydawały się wiarygodne ze względu na powszechne wyludnianie się małych podlaskich miejscowości. Jednakże, w miarę upływu czasu, na posesji pojawiło się więcej psów i wysokie ogrodzenie.
– Ludzie mówili, że zamknęli się w sobie. Ale dziś wielu ludzi żyje osobno. Każdy ma swój telefon, telewizor, komputer. Dawniej trudniej było zniknąć na oczach innych – mówi jeden z mieszkańców.
Wątpliwości nasiliły się, gdy rodzeństwo nie stawiło się na pogrzebie własnego ojca. To wydarzenie sprawiło, że sąsiedzi zaczęli zadawać niewygodne pytania, a wkrótce potem, na teren posesji wkroczyły odpowiednie służby, odkrywając szokujące fakty.
– Na wsi można się pokłócić, nie odzywać do siebie, ale na pogrzeb ojca się przychodzi. Wtedy wiele osób zaczęło zadawać pytania – wspominają mieszkańcy.
Matka i siostra 47-latków z zarzutami znęcania się
Wobec matki oraz siostry bliźniąt śledczy wysunęli poważne oskarżenia dotyczące fizycznego i psychicznego znęcania się nad nieporadnymi bliskimi. Prokuratura ustaliła, że rodzeństwu brakowało dostępu do podstawowych potrzeb, takich jak leczenie, posiłki czy odpowiednia higiena. Konsekwencją tego miało być drastyczne pogorszenie ich stanu zdrowia.
Obu kobietom może grozić do ośmiu lat pozbawienia wolności, choć śledztwo jest wciąż na wczesnym etapie. Mieszkańcy do dziś zastanawiają się, jak mogło dojść do tak tragicznych wydarzeń za drzwiami domu osoby publicznego zaufania.