– Wszyscy ciągle jesteśmy w szoku. To bardzo mała, kameralna szkoła, my się tutaj wszyscy doskonale znamy – mówi łamiącym się głosem dyrektorka. W całej placówce uczy się zaledwie 79 uczniów. W klasie 5, do której chodzi Czarek jest dziesięcioro dzieci, a w grupie Nikoli zaledwie siedmioro.
Nic nie zapowiadało tak potwornego obrotu spraw. Jak podkreśla Hanna Florczyk, Czarek nigdy wcześniej nie sprawiał żadnych problemów wychowawczych. - Nie było żadnych niepokojących oznak czy sygnałów, że w jego życiu dzieje się coś złego, co mogłoby doprowadzić do tak dramatycznego wybuchu agresji - podkreśla dyrektorka.
Zarówno ofiara jak i napastnik wciąż przebywają w szpitalach pod opieką lekarzy. Rodzice obojga dzieci przeżywają koszmar. – Jestem w stałym kontakcie z obiema mamami. Matka chłopca dopiero jutro będzie mogła zobaczyć się z synem. Na razie nic więcej nie wiem i nie mogę powiedzieć – słyszymy od dyrektorki.
Szkoła natychmiast podjęła działania, by ratować psychikę pozostałych dzieci. W placówce odbyło się już kryzysowe spotkanie z psychologiem. Dyrekcja podkreśla, że nie została z tym dramatem sama. Ogromne wsparcie płynie ze strony wójta, kuratorium w Białymstoku oraz delegatury w Łomży. – Ale w pierwszej kolejności musimy zadbać o dobrostan naszych podopiecznych. Musimy mieć teraz siłę, żeby wspierać dzieci. Nami, dorosłymi, zajmiemy się zaraz potem – podsumowuje Hanna Florczyk. Do sprawy będziemy wracać.
Do ataku doszło we wtorek, 22 września, tuż przed godz. 8 w szkole w miejscowości Ptaki w powiecie kolneńskim. Według wstępnych ustaleń policji 11-letni chłopiec wszedł do budynku i na korytarzu zaatakował toporkiem przypadkową, nieznajomą mu 10-letnią uczennicę. Napastnika obezwładnił ojciec jednego z uczniów. Ranna dziewczynka błyskawicznie trafiła do Uniwersyteckiego Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Białymstoku.
Czytaj też: 11-latek zaatakował 10-letnią koleżankę. "Widziałem, jak Czarek uderza toporkiem Nikolę"