Tragiczne zdarzenie w Choroszczy. Ksiądz zasłabł przed mszą
Tragedia w Choroszczy. 6 stycznia, w święto Trzech Króli, tuż przed rozpoczęciem mszy w miejscowym kościele, zasłabł i upadł na posadzkę ks. Władysław Antończyk († 77 l.). Wierni natychmiast ruszyli na pomoc. Wezwano pogotowie, rozpoczęto reanimację, ktoś rzucił się biegiem po defibrylator. Urządzenie znajdowało się na placu, zaledwie 70 metrów od bramy kościoła. Niestety, okazało się bezużyteczne... ktoś wcześniej ukradł z niego baterię i przewody.
Niedziałający defibrylator AED
Sprzęt, który mógł uratować życie, nie zadziałał. Stracono cenny czas. Rozpoczęła się dramatyczna walka o życie duchownego. Przy kościele wylądował śmigłowiec LPR, przybyli ratownicy. Ks. Władysław trafił do szpitala w ciężkim stanie. Przez trzy tygodnie lekarze robili wszystko, by go uratować. Parafianie modlili się każdego dnia. Niestety, w poniedziałek (26 stycznia) jego organizm się poddał.
− Nie wiem, czy ten podły złodziej zdaje sobie sprawę, że ukradł nie tylko głupią baterię, ale zabrał księdzu Władysławowi szansę na życie! − mówi Magdalena Zmieńko (39 l.) z Choroszczy.
− To był taki cudowny człowiek. Zawsze był pogodny. Wystarczyło, że spojrzał i się uśmiechnął, a już czuło się spokój i dobro. Zresztą, wypadło na księdza Władysława, ale to mógł być każdy z nas! − dodaje.
Ks. Władysław przez długie lata pełnił posługę kapłańską w San Marino. Świetnie mówił po włosku, miał wesoły, „południowy” charakter. Pochodził z Choroszczy i nigdy nie zerwał kontaktu z rodzinną parafią. Co roku przyjeżdżał tu na urlopy. Po przejściu na emeryturę wrócił do swojego domu w Choroszczy. Znał tam wszystkich.
− Był z nami. Pomagał księżom, uczestniczył w mszach, rozmawiał z każdym. Czuło się, że to nie tylko kapłan, ale dobry, fantastyczny człowiek − mówią parafianie. Mało kto wiedział, że ma problemy z sercem.
Mieszkańcy Choroszczy oburzeni kradzieżą
Po tragedii wyszło na jaw, że nie był to odosobniony przypadek. W Choroszczy okradzione zostały oba nowe automatyczne defibrylatory AED. Z urządzeń skradziono baterie i elektrody, mimo że kapsuły wyposażone są w głośne alarmy. Sprzęt stał się całkowicie bezużyteczny. Sprawa została zgłoszona na policję, trwa analiza monitoringu. Urząd Miejski zapowiada wymianę części, ale to potrwa co najmniej miesiąc.
− Ktoś zarobił może tysiąc złotych. A my straciliśmy wspaniałego człowieka − mówią mieszkańcy.
− Te defibrylatory miały ratować nasze życie. Zostały puste kapsuły, żal po księdzu i niedowierzanie, że znalazł się ktoś tak podły i głupi, żeby okraść nas wszystkich. To gorzej niż złodziej! To podły, bezduszny morderca! Oby i jemu kiedyś potrzebna była pomoc − dodają.